Grecja 2016


Do Grecji wjechaliśmy od strony przejścia granicznego Konispol-Sagiada, jako że poprzednie dni spędzaliśmy w Albanii. Jak w poprzednich latach, na przejściu granicznym panuje pełne lenistwo, zwłaszcza po stronie greckiej: celnicy nie są zupełnie zainteresowani wyjściem z budynku i sprawdzeniem samochodu. Trzeba samemu wyjść z samochodu i z paszportem czy dowodem podejść do okienka. Tam grecki urzędnik leniwie przegląda dokumenty i każe jechać. Kiedyś nawet nie zatrzymałem się na granicy, gdyż szlabany są zawsze podniesione. Na szczęście cofnąłem w porę.

 

Zachodnia część Grecji to miejsce, które darzę szczególnym sentymentem głównie dlatego, że jest to przedłużenie albańskiego klimatu swobody i wolności. Nie licząc cen w sklepach i na stacjach paliw.

 

Klimat podobny do albańskiego, w dodatku wszystko odbywa się legalnie: kozy przechodzą tam gdzie mają znak.

Klimat podobny do albańskiego, w dodatku wszystko odbywa się legalnie: kozy przechodzą tam gdzie mają znak.

 

W poprzednich latach mieliśmy więcej czasu niż jedynie trzy czy cztery tygodnie, więc zwiedzaliśmy zachodnie wybrzeże Grecji (Igoumenitsa, Parga, Ammoudia, Preveza), ale tym razem chcieliśmy dotrzeć na Lefkadę jak najszybciej, aby móc pokazać znajomym ciekawe plaże. Oni mieli zaledwie parę dni wypoczynku przed sobą i musieli już wracać do Polski, totalny absurd. Na szczęście droga na Lefkadę jest prosta i po południu już byliśmy na miejscu. Zjedliśmy obiad przy mieście Lefkada (tak jak nazwa półwyspu) i wieczorem już byliśmy w Vasiliki.

 

Widok na promenadę w Vasiliki. Same urocze restauracje i sklepiki. Szkoda tylko, że sałatka grecka kosztuje ponad 25zł podczas, gdy w Albanii płacimy niecałe 6zł.

Widok na promenadę w Vasiliki. Same urocze restauracje i sklepiki. Szkoda tylko, że sałatka grecka kosztuje ponad 25zł podczas, gdy w Albanii płacimy niecałe 6zł.

 

Vasiliki to urocza mieścina, z ciasnymi uliczkami dziesiątkami sklepów. Ma odrobinę za dużo komercji, jak na mój gust, ale nie można narzekać. Wiem jednak, że z campingu nie skorzystam, bo ceny typowo greckie, czyli wychodzi niecałe 30 euro za dobę. Skoro mamy własną lodówkę, własny prąd, własną ‚sypialnię’ i własną ciepłą wodę, to płacenie pieniędzy za samo towarzystwo innych osób wydaje się przesadzone.

 

Poranek po nocy spędzonej przy plaży w Vasiliki. Ja i Franek radośnie wyglądamy przez okna.

Poranek po nocy spędzonej przy plaży w Vasiliki. Ja i Franek radośnie wyglądamy przez okna.

 

Znowu pozerstwo w pełnej krasie: udaję, że potrafię cokolwiek zrobić w kuchni, a tak na serio to jedynie podpinam kuchenkę, bo kawy mi się chce. Dobrze, że Aneta gotuje wyśmienicie.

Znowu pozerstwo w pełnej krasie: udaję, że potrafię cokolwiek zrobić w kuchni, a tak na serio to jedynie podpinam kuchenkę, bo kawy mi się chce. Dobrze, że Aneta gotuje wyśmienicie, bo byśmy powymierali :-)

 

Rodzina prawie w komplecie (bo ja za aparatem). Dzieci tradycyjnie nie dają się wyciągnąć z piżam i zapychają brzuchy sucharami, żeby potem nie jeść śniadania.

Rodzina prawie w komplecie (bo ja za aparatem). Dzieci tradycyjnie nie dają się wyciągnąć z piżam i zapychają brzuchy sucharami, żeby potem nie jeść śniadania.

 

Franek romantycznie spaceruje po plaży.

Franek romantycznie spaceruje po plaży.

 

Naszym następnym przystankiem była plaża Porto Katsiki, ta z piękną skałą wyglądającą, jak kawałek odkrojonego tortu.

Widok na Porto Katsiki

Widok na Porto Katsiki.

 

Niestety w tym roku było trzęsienie ziemi na Lefkadzie wraz z licznymi ulewami i część plaży się zawaliła, zwaliło się przejście na skałę, z której roztaczał się wspaniały widok na okolicę. Brakowało również słońca, jednak było ciepło i woda była błękitna. Oczywiście dało się odczuć finansową zachłanność, gdyż za możliwość zaparkowania samochodu przy plaży trzeba było zapłacić 3 euro. Tak, dokładnie, TRZY EURO tylko po to, aby wyskoczyć na 20 minut i pogapić się na skałę. Tri fakin juros!

 

Porto Katsiki, Land Cruiser

Przystanek przy Porto Katsiki.

 

Nie pozostało nic innego, jak zaśmiać się parkingowym w twarz i podjechać 200 metrów wyżej, aby zaparkować przy drodze. Oczywiście cała droga usiana zakazami zatrzymywania, ale w takich momentach ja to mam centralnie w nosie. Co innego zakaz zatrzymywania w ruchliwym miejscu, gdzie postój stwarza problem i zagrożenie, a co innego znak postawiony złośliwie na totalnym zadupiu tylko po to, aby ZMUSZAĆ ludzi do płacenia za… za nic. Da się odczuć, że jesteśmy w Unii Europejskiej. Tylko nie myślcie, że ja jestem totalnym przeciwnikiem Unii, bo tak nie jest. Popieram otwarcie granic, popieram swobodny przepływ ludzi, swobodę mieszkania i pracy, ale nie popieram biurokracji i zakazów, których jedynym celem jest zarabianie pieniędzy a nie dobro czy bezpieczeństwo obywateli.

 

W każdym razie przyznać trzeba, że plaża Porto Katsiki jest śliczna, robi wrażenie i zapiera dech w piersiach tym, którzy widzą ją pierwszy raz. Niestety znając pośpiech, jaki panuje w Grecji podejrzewam, że kładka prowadząca na skałę, z której można robić piękne zdjęcia, nie zostanie naprawiona. No może za 5 czy 10 lat. Parę lat temu byłem na tej plaży i wyglądała ona tak, jak poniżej:

Skała w Porto Katsiki

Skała w Porto Katsiki.

 

Poniżej parę zdjęć z plaży. Słonecznie nie było, ale dobrze, że Aneta ma zawsze wyśmienity humor.

Aneta, Porto Katsiki

Aneta Porto Katsiki

 

Na zdjęciu widać zawaloną kładkę, która umożliwiała przejście na skałę po lewej stronie.

Na zdjęciu widać zawaloną kładkę, która umożliwiała przejście na skałę po lewej stronie.

 

Porto Katsiki, Lefkada

Parking Porto Katsiki

 

Po krótkim pobycie na plaży w Porto Katsiki chcieliśmy pojechać na plażę Egremni, lecz niestety nawet droga na plażę była zamknięta. Wszystko się pozawalało z powodu trzęsienia ziemi i deszczów. Pionowy klif, na którym wybetonowano 350 schodów na plażę się zawalił. Nieprędko to naprawią, więc poniżej mogę jedynie opublikować zdjęcie pamiątkowe z poprzednich lat. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się na tę plażę zejść.

Widok na plażę Egremni.

Widok na plażę Egremni.

Egremni Beach.

Egremni Beach.

 

Byliśmy bardzo zawiedzeni niemiłą niespodzianką związaną z zawalonym klifem, więc stwierdziliśmy, że na spokojnie udamy się do plaży docelowej, gdzie mieliśmy na spokojnie rozbić obóz i trochę pomieszkać. Pamiętaliśmy, że zjazd jest bezproblemowy, przyjemny i pełen pięknych widoków. Niestety tym razem zastaliśmy deszcz, pozawalaną drogę i błoto. Aby zjechać na plażę musieliśmy odsuwać skały i wypełniać kamieniami poprzeczne rowy wyżłobione przez strumienie wody. Gdybyśmy byli sami, to byśmy przejechali, ale towarzyszyli nam znajomi w samochodzie osobowym, więc samo przejechanie po dziurach nie wystarczyło, gdyż musiałem torować i ubijać drogę pod dość niski samochód. Na paru odcinkach jechałem kilkukrotnie w przód i w tył, aby utwardzić nawierzchnię.

 

W tym miejscu poprzednio była asfaltowa droga, na której mijały się swobodnie dwa samochody. Teraz wszystko przykryte jest kamieniami i piachem. Parę kamieni, jak te po prawej stronie trzeba było usuwać.

W tym miejscu poprzednio była asfaltowa droga, na której mijały się swobodnie dwa samochody. Teraz wszystko przykryte jest kamieniami i piachem. Parę kamieni, jak te po prawej stronie trzeba było usuwać.

 

To właśnie na tej plaży zdobyłem się na odwagę i zapełniłem bok samochodu mottem, które będzie nam towarzyszyć przez jakiś czas:

HOME IS WHERE YOU PARK IT. Dom jest tam, gdzie go zaparkujesz.

 

Michał Gialos

 

Na szczęście słońce szybko wyszło zza chmur i następne dni były już typowo greckie. W związku z tym zaczęła się zabawa na całego, co widać na zdjęciach poniżej.

 

Gialos, Lefkada

Gialos Beach

Beach Lefkada

Beach Gialos

Aneta

Poranek z Franiem w namiocie dachowym

Poranek z Franiem w namiocie dachowym

 

Aneta przy porannej herbacie.

Aneta przy porannej herbacie.

 

Defender i przyczepa.

Na parę dni zagościli obok nas podróżnicy z Austrii z pięknie wyposażonym Defenderem: terenowa przyczepa, panel słoneczny, rowery, kuchnia, całe mnóstwo osprzętu terenowego. No i nie wiem dlaczego ktoś inny wpadł na pomysł pomalowania felg na podobny kolor?

 

Michał i Aneta

Rodzice na wyjeździe

 

Filip i Oliwier

Filip z kolegą Oliwierem

 

Filip

abc_7719

Mama z synkiem przy nieczynnym barze

 

abc_8319

Rodzina w komplecie

 

abc_8184

Zmywanie naczyń. Dziwi mnie to, że w domu bez problemu zapełniamy zmywarkę już w połowie dnia, podczas, gdy na wyjeździe pod wieczór mamy do umycia parę garnków i talerzy… Dodam, że jadamy tyle samo i w sumie tak samo jak w domu.

 

abc_7745

Surrealistyczny święty Mikołaj na plaży.

 

abc_7713

abc_8305

abc_7840 abc_7731-edit

abc_8402

abc_8390

Koczowaliśmy przy pozostałościach beach baru. Tak wyglądały noce.

 

Zapraszam też do obejrzenia krótkiego filmiku oddającego klimat tej plaży. Widać na nim nawet krzątające się dzieciaki z pompowanymi kołami do pływania

 

 

Poniżej wyjazd z plaży. Po paru dniach jakieś służby porządkowe w miarę sprzątnęły osuwiska i dało się wyjechać totalnie bezproblemowo. Niestety bezproblemowo, bez trudu, bez przygody, bez odrobiny ryzyka, nudno.

Po kilku dniach przyszedł czas na spakowanie obozowiska i wyruszenie na półwysep Peloponez. Mieliśmy przed sobą misję, aby w końcu dojechać na sam dół Peloponezu i od razu zdradzę tajemnicę że się udało.

Widok na Peloponez, na miasto Patras.

Widok na Peloponez, na miasto Patras.

 

Od strony wschodniej Peloponez jest jedynie rozdzielony wąskim i niepozornym Kanałem Korynckim, więc przejazd jest bezproblemowy i darmowy. Jednak od strony zachodniej jest nieco trudniej i ma się do dyspozycji piękny most lub przeprawę promem. Haczyk jest w tym, że jednorazowy przejazd mostem kosztuje około 13 euro a półgodzinna przeprawa promem kosztuje 6 euro. Oczywiście zdecydowaliśmy się na prom, ale na naszych dobrych chęciach się skończyło, gdyż żaden z promów nie kursował. Lokalesi nie potrafili nawet wyjaśnić dlaczego. Po prostu nie pracują bo nie i dopiero zaczną pracować od jutra. Wobec tak bezpośrednich argumentów musieliśmy przeboleć przejazd mostem. Łącznie z Lefkady na Peloponez jest prawie 300km, więc podróż w miejscu docelowym zakończyliśmy po zmroku i od razu poszliśmy spać.

Na drugi dzień obudził nas Kristos, lokalny rolnik, który codziennie rano dostarcza swoje produkty osobom mieszkającym na plaży. Lubimy do niego przyjeżdżać, bo ma dobre wino: delikatne w smaku i kolorze, ale za to bardzo mocne. No i półtora litra kosztuje 3 euro a więc znośnie. Kristos stosuje bardzo dobry chwyt marketingowy, za który jest powszechnie lubiany: kupujesz wino, to przy okazji dostajesz melona i winogrona. Kolejnego dnia kupujesz pieczywo i oliwę z oliwek to przy okazji sam wybierze w prezencie jak najładniejsze trzy pomidory, jedną cukinię i pół arbuza.

Kristos z Franiem

Kristos z Franiem

 

Dla takich ludzi warto przyjeżdżać, ale nie dlatego, że poczęstują pomidorem, ale dlatego, że bije z nich szczera życzliwość, ciepło i dobry humor.

 

ARTYKUŁ NIEDOKOŃCZONY. ZAJRZYJ ZA PARĘ DNI A BĘDZIE WIĘCEJ.

 

Komentarze

komentarze