Albania 2016


INTRO

 

We wreześniu 2016r. wyruszyliśmy, po raz kolejny na południe. Jako, że nie planujemy nigdy dokładnego celu podróży, tak i tym razem wszystko wyjaśniało się w trasie. Zamierzaliśmy od razu zjechać do Grecji, ale jednak postanowiliśmy zahaczyć o Albanię. Dopiero w Serbii, czy nawet w Macedonii nam się kierunek ‚skrystalizował’. Zacznijmy jednak od początku…

Polskę opuszczamy przez przejście graniczne w Barwinku. Jest to bardzo ‚dobra’ rozgrzewka przed wyjazdem, bo jeśli damy radę przejechać trasę z Rzeszowa do Barwinka, to damy radę jechać wszędzie na świecie. Oczywiście większość z Was wie o czym piszę: fotoradary, TIRy, trasy w fatalnym stanie, korki, ponure twarze, osoby w stanie wskazującym prowadzący wężykiem rowery wzdłuż drogi… Takie tam standardowe sprawy.

Wyjechaliśmy z Warszawy wieczorem, około 21:00, więc pierwszą noc spędziliśmy na samym przejściu granicznym, po to aby z samego rana optymistycznie ruszyć przez Słowację. Słowacja, standardowo, dość podobna do Polski. W miasteczkach cisza, smutek, cyganie, drogi nie powalają jakością, ale jedzie się jednak nieco lepiej, gdyż jest sporo stromych podjazdów i zjazdów, przez co nie odczuwam nudy. Naszym jedynym przystankiem jest parking McDonalds w Presov. Nie jadamy śmieciowego jedzenia, ale parking jest dobrym miejscem na śniadanie.

Przystanek Presov

Otwieramy wrota naszego samochodu i ludzie z rana przecierają oczy ze zdumienia. Mamy wszystko. Presov, Słowacja.

 

Po sprawnym przejechaniu przez Słowację (uwaga, żeby się nie wpakować na płatne autostrady), jedziemy przez Węgry. Obiektywnie patrząc, Węgry to kraj bardzo miły. Drogi są w porządku, bardzo dużo autostrad w dobrej cenie (winieta za około 80zł za miesiąc, na wszystkie trasy), ogólnie odczuwalny spokój. Krajobraz za oknem to głównie pola ze słonecznikami smętnie wiszącymi czarnymi twarzami do dołu, kukurydzą i dyniami. Węgry to dość płaski kraj, więc osobiście i subiektywnie „ryje mi mózg”. Na Węgrzech byłbym w stanie usnąć za kierownicą nawet w środku dnia: żadnych niebezpiecznych sytuacji, żadnych zagrożeń, brak ostrych zakrętów, zjazdów, pijaków. Zawsze mówię Anecie: sorry, kochanie, ale Węgry i Serbia są twoje :-)

Dynie na Węgrzech.

Dynie na Węgrzech.

Ciekawym widokiem są figurki zrobione z beli siana. Nie wiem dokładnie jaki jest cel tych figurek, ale podejrzewam, że to jakaś tradycja związana z okresem żniw, pożegnaniem lata itd. Czasami, obok tych figur, są jakieś napisy, ale ja znam jedynie języki z rodziny słowiańskich, romańskich i germańskich. Niestety moja styczność z rodziną ugro-fińską jest zerowa.

Węgry, figury z siana

 

Przejazd przez Węgry jest bezproblemowy, nudny. Kilometrów jest sporo, więc trwa to wiele godzin, ale Aneta włącza tempomat i sobie rozmawiamy. Musimy tylko uważać, aby odbić na południe przez Budapesztem, w stronę Szeged.

Przystanek na obiad przed granicą z Serbią.

Przystanek na obiad przed granicą z Serbią.

 

Niestety ponurym momentem jest przekraczanie granicy z Serbią. Biedni celnicy muszą wykonywać rozkazy nałożone im przez państwo, mające na celu odwrócenie uwagi od prawdziwych malwersacji finansowych. Tak, tak, taka jest prawda: podczas gdy piętnuje się przemytnika, który w bagażniku przewozi kilkaset paczek papierosów, to zupełnie przymyka się oko na złodziejstwo na najwyższym szczeblu, w kręgach politycznych powiązanych z korporacjami. Tam ‚wyparowują’ miliony dolarów dziennie, a nie z powodu ludzi przewożących papierosy czy alkohol przez granicę. My, na szczęście, mamy dwójkę dzieci i przez te wszystkie lata ani razu nikt nie chciał nas skontrolować. Otwieramy okna, dzieci mówią chórem ‚helllooouuuu’ i celnik się uśmiecha i każe od razu jechać. Moglibyśmy w samochodzie schować tuzin pocisków RPG, pięć karabinów i skrzynkę naboi, ale dzieci wszystko załatwią. Mimo wszystko musimy swoje odczekać w kolejce, tylko po to, żeby od razu przejechać, podczas gdy przed nami celnicy każą ludziom opróżniać cały samochód i nawet kamerą zaglądają do zbiornika paliwa. W każdym razie po odczekaniu dłuższej chwili na granicy, jedziemy przez Serbię, która nie ma na trasie nic ciekawego do zaoferwania, bo aż do miejscowości Niś nic się nie dzieje.

Przy okazji polecam (a polecam od lat) aplikację MotionX GPS HD na iPada. Jest to bardzo fajna aplikacja do nawigacji, pozwalająca na wgrywanie map i korzystanie w trybie offline.

iPad mocno obity, z wyrwanymi kawałkami szyby, posklejany taśmą, ale działa bardzo dobrze.

iPad mocno obity, z wyrwanymi kawałkami szyby, posklejany taśmą, ale działa bardzo dobrze.

 

Serbia to dość specyficzny kraj i myślę, że dość ciekawy. Wyraźnie widać różnice pomiędzy północną a południową częścią kraju: północ jest bardziej rozwinięta, bardziej doinwestowana, podczas gdy południe Serbii jest wyraźnie niedoinwestowane i zapomniane. Takim punktem granicznym są okolice Niś, bo w tym mieście kończy się autostrada i zaczynają się kręte drogi, ale też piękne, górzyste krajobrazy. Niewątpliwie Serbia jest krajem trochę zapomnianym, pozostawionym na uboczu pomimo bycia w samym centrum południowej Europy. Niestety nawet pomimo autostrad, podróż przez Serbię trwa długo, zwłaszcza gdy zatrzymujemy się na śniadanka, moją kawę, podobiadki, kolejną moją kawę, obiad, wspólną kawę, kolację itd. Śpimy więc kolejną noc niedaleko miasta Niś.

Serbowie chyba odżywiają się zdrowo albo też nie dają się imperialistycznej machinie. Są trzy McDonaldy: dwa w Belgradzie a jeden na środku autostrady. Stąd też uroczy szyld reklamujący 'restaurację' odległą o ponad 140km.

Serbowie chyba odżywiają się zdrowo albo też nie dają się imperialistycznej machinie. Są trzy McDonaldy: dwa w Belgradzie a jeden na środku autostrady. Stąd też uroczy szyld reklamujący ‚restaurację’ odległą o ponad 140km.

 

Ciekawe widoki na południu Serbii. Góry i chmury.

Ciekawe widoki na południu Serbii. Góry i chmury.

Warto kiedyś zbadać Serbię, ale póki co dzieci (i my) mają spore parcie na wodę, więc zwiedzanie krajów bez dostępu do ciepłego morza odpada. Kierujemy się więc przez kolejne (nudne i irytujące) przejście graniczne w stronę Macedonii.

 

Macedonia to niewielki kraj, ale bardzo przyjazny. Dotychczas głównie byliśmy przez Macedonię przejazdem, ale zdecydowanie da się wyczuć południowy klimat, serdeczność ludzi a nawet trochę egzotyki: w końcu usłyszeć w Europie nawoływania muezzinów to sytuacja dość nietypowa, a w obliczu odbywającej się ekspansji islamu na Europę, może nawet budzić niepokój. My jednak wiemy, że serdeczność ludzi zwycięża, więc czujemy się fantastycznie.

Przystanek w Macedonii. Kawa musi być i wesołe psiaki, które zawsze do nas lgną.

Przystanek w Macedonii. Kawa musi być i wesołe psiaki, które zawsze do nas lgną. Niestety pozerstwo mi nie wychodzi. Powinienem mieć na tyłku bojówki, za paskiem parę scyzoryków i noży, tactical boots, tank top i nieśmiertelnik. Tymczasem samochód prowadzę na bosaka bo wtedy czuję z nim lepszą więź, a na zewnątrz zakładam wynędzniałe klapki albo też idę w ślady swoich synów, czyli od maja do października bez butów cały czas.

 

DANIE GŁÓWNE

 

No i tu zaczyna się właściwa część tej relacji, czyli przekraczamy granicę Albanii. Już po raz kolejny w życiu, więc nie ma zaskoczenia, nie ma niespodzianek, lecz jest radość, spokój, jakby się wkładało zjechane domowe bambosze i siadało przed własnym kominkiem.

 

Tablica zaraz za granicą z Albanią, od strony jeziora Ohrid

Tablica zaraz za granicą z Albanią, od strony jeziora Ohrid

Albania zawsze mnie przepełnia spokojem i pełnym relaksem wynikającym z faktu, że nie dotarła tu jeszcze (but coming soon) europejska biurokracja i tzw. zachodni styl życia. Bo czymże jest obecnie ten zachodni styl, jeśli nie jedynie zbiorem zakazów? Tu się nie zatrzymuj, tu nie parkuj, tu korzystaj z parkometru, nie skręcaj w lewo, nie zawracaj, nie śpij na plaży, nie przyspieszaj, nie zwalniaj, nie trąb… No i na wszystkie te czynności jest odpowiedni cennik, nazywany eufemistycznie taryfikatorem. Większość z nas/Was była w Londynie, Warszawie, Lublinie, Paryżu lub Gdańsku i doskonale wiemy, że pełna inwigilacja i przepisy ingerujące w każdą sferę życia wcale nie czynią ludźmi szczęśliwszymi i wcale nie zmniejszają przestępczości. W Albanii wiele przepisów to teoria, zwłaszcza zasady ruchu drogowego, a mimo wszystko stłuczek nie ma i nikt się na nikogo nie wydziera. Po prostu wystarczy nie być chamem i wtedy wolno wszystko. Jadąc samochodem w Tiranie czy Vlore czuję się spokojniej niż w Warszawie pomimo tego, że każdy jedzie jak chce.

Jako, że jechaliśmy tym razem ze znajomymi, którzy chcieli pod naszą opieką wdrożyć się w drobny survival, to musieliśmy dość szybko przemieścić się nad morze. Wynika to z tego, że dla nas sama podróż to już wakacje, śpiewanie w samochodzie, zimne łokcie poza karoserią, ścinanie zakrętów i zabawa. Dla naszych znajomych pierwszy taki wyjazd z pewnością był stresem, więc chcieliśmy aby jak najszybciej mogli się zrelaksować. No i wieźliśmy ze sobą dzieci, które chciały już zacząć się bawić. Dzieciakom jednak niewiele trzeba, aby poczuć radość.

 

Dzieciaki grają w piłkę z lokalesami, gdzieś w okolicy Elbasan.

Dzieciaki grają w piłkę z lokalesami, gdzieś w okolicy Elbasan. Znajomość języka nie jest potrzebna, wystarczy body language i dziecięcy instynkt.

Podczas, gdy dzieci wypełniają czas zabawą, my zajmujemy się przygotowaniem posiłku. Aneta gotuje, ja pomagam, głównie patrząc i zabawiając rozmową. Jadamy, zawsze świeże warzywa, owoce, świeże mięso (choć unikam powoli mięsa). Nie uznajemy zupek z torebki, polepszaczy smaku, konserw i innych pseudo-posiłków robionych w fabryce. Z tego też względu każdy posiłek to pełne gotowanie, bez żartów i półśrodków. Każdego dnia.

 

Specjalnie do zdjęcia udaję, że też przydaję się podczas gotowania.

Specjalnie do zdjęcia udaję, że też przydaję się podczas gotowania. Choć tym razem robię kawę, jedyne co umiem oprócz gotowania wody.

 

Na albańskich drogach jest wszystko, ale nie przeszkadza to wcale, gdyż drogi są szerokie, a asfalt w doskonałym stanie. Dlatego też pobocze żyje własnym życiem i nikomu to nie przeszkadza.

Na albańskich drogach jest wszystko, ale nie przeszkadza to wcale, gdyż drogi są szerokie, a asfalt w doskonałym stanie. Dlatego też pobocze żyje własnym życiem i jest to urocze.

Kolejni spacerowicze wzdłuż drogi. Ledwo przeszli z jednej strony na drugą. Skoro przez wiele lat nie było tu drogi to dlaczego mieliby i teraz zmieniać swoje dawne trasy spacerów?

Kolejni spacerowicze wzdłuż drogi. Ledwo przeszli z jednej strony na drugą. Skoro przez wiele lat nie było tu drogi to dlaczego mieliby i teraz zmieniać swoje dawne trasy spacerów?

Jedno ze zdjęć oddających klimat przydrożny. Jadę autostradą, więc szybko (stąd poruszone zdjęcie) a na poboczu supermarket.

Kolejne zdjęcie oddające przydrożny klimat. Jadę autostradą, więc szybko (stąd poruszone zdjęcie) a na poboczu supermarkety. Znak nie kłamie, jestem na autostradzie.

 

Vlore, Albania

Pod wieczór dotarliśmy do Vlore a tam tłok, mnóstwo samochodów a za nami znajomi, którzy nie oddalali się nawet o metr. Do takiego natężenia ruchu trzeba po prostu się przyzwyczaić, choć pewnie łatwiej przywyknąć w trzytonowym samochodzie terenowym: w Albanii na drogach obowiązuje prawo morskie, gdzie większy ‚statek’ ma zawsze rację.

Zaraz za Vlore znajduje się przełęcz Llogara, której nie zamierzaliśmy przejeżdżać w ciągu dnia, gdyż widok zapiera dech w piersiach. Postanowiliśmy więc odrobinę zwolnić tempo i spędzić kolejną noc w pobliżu. Albańska szczerość i gościnność jest dla mnie czymś wyjątkowym i tym razem również się nie zawiodłem. Podjechałem pod jakąś knajpę i spytałem czy jest możliwość zaparkowania na ulicy, aby móc się przespać. No i okazało się, że nie ma takiej możliwości, bo po co goście mają spać na ulicy skoro mogą zaparkować w ogródku, na trawie, gdzie jest przytulniej. Oczywiście skorzystaliśmy z tej propozycji. Przyjdzie niedługo europejska komercja i ukróci tę gościnność.

 

Widok o poranku: samochody, namioty i góry w tle. Oczywiście 30 metrów przed nami morze.

Widok o poranku: samochody, namioty i góry w tle. Oczywiście 30 metrów przed nami morze.

 

Moi synowie mają dziwny zwyczaj chodzenia w piżamach tak długo, aż dostaniemy z Anetą szału i zedrzemy z nich te ubrania. Im nie przeszkadza pójście tak na plażę czy do miasta. Total freedom ponad wszystko. Tak dzieje się każdego dnia. Mam nadzieję, że kiedyś z tego wyrosną.

Franio w piżamie idzie w morze.

Franio w piżamie idzie w morze.

 

Ranek spędziliśmy na powolnym śniadaniu na plaży, dzieciaki się kąpały w morzu a ja siedziałem i podziwiałem widoki. Oczywiście słońce i niebo w kolorze prawidłowym, niebieskim. Przed południem wyruszyliśmy aby przekroczyć przełęcz Llogara, która wznosi się na ponad 1000m n.p.m. Sama wysokość nie powala, jednak należy wziąć pod uwagę, że te tysiąc metrów pokonujemy praktycznie od razu, w ciągu kilkunastu minut. Uszy się odrobinę zatykają od zmiany ciśnienia. Dla kontrastu wspomnę, że jadąc z Gdańska do Krakowa pokonamy różnicę wzniesień sięgającą jedynie około 300m. No i przy takim porównaniu robi się od razu ciekawiej.

Przed nami cel na najbliższy czas: wspinanie się pod górę.

Przed nami cel na najbliższy czas: wspinanie się pod górę.

Sama trasa biegnąca przez przełęcz jest wyśmienitej jakości i całość można pokonać nawet niskim sportowym samochodem. Niewątpliwie jednak moc silnika jest ważna, gdyż wijąca się serpentyna jest miejscami o dość dużym nachyleniu i trzeba mieć co przycisnąć prawą nogą. Po drodze można natknąć się na parę miejsc, gdzie sprzedają miód, wino czy oliwę i jakieś nieliczne domostwa.

Koń pasący się przy drodze. Llogara

Koń pasący się przy drodze. Llogara

 

Flaga Unii Europejskiej zawieszona przy drodze. Bardzo się Albańczycy zdziwią, gdy z taką samą flagą w ręku wejdą korporacje, biurokracja i wszystko wykupią, czyli wezmą rzeczy materialne w zamian za kolorowe papierki z nadrukowanymi gwiadzkami.

Flaga Unii Europejskiej zawieszona przy drodze. Bardzo się Albańczycy zdziwią, gdy z taką samą flagą w ręku wejdą korporacje, biurokracja i wszystko wykupią, czyli wezmą rzeczy materialne w zamian za kolorowe papierki z nadrukowanymi gwiadzkami.

Gdy byliśmy już na szczycie przełęczy wpadłem na pomysł, aby jednak zdobyć właściwy szczyt góry, przez którą się przedzieramy. Jedyny problem jest taki, że leży ona na wysokości 1400m n.p.m i da się tam dojechać jedynie samochodem terenowym. Wsiedliśmy więc w 8 osób do Land Cruisera i jechaliśmy kamienistą drogą ku niebu. Strach moich pasażerów był niemały, ale to ich pierwszy raz, więc rozumiem to doskonale. Każdy musi się wdrożyć i swoje przeżyć.

 

Fragment drogi wiodącej na szczyt. Wąsko i widać tylko niebo.

Fragment drogi wiodącej na szczyt. Wąsko i widać tylko niebo.

 

Widok z góry jest imponujący, wiodący w prostej linii aż na plażę Palasa.

Widok z góry jest imponujący, wiodący w prostej linii aż na plażę Palasa.

 

Czasami samochód o szerokości dwóch metrów wcale nie jest zaletą. W drodze pod górę musieliśmy się mijać z Defenderem, na szczęście w szerszym miejscu.

Czasami samochód o szerokości dwóch metrów wcale nie jest zaletą. W drodze pod górę musieliśmy się mijać z Defenderem, na szczęście w szerszym miejscu.

 

Widok ze szczytu na sąsiednie góry. Widać bardzo ciemne niebo, gdyż już na jedynie 1400m n.p.m następuje spolaryzowanie światła.

Widok ze szczytu na sąsiednie góry. Widać bardzo ciemne niebo, gdyż już na jedynie 1400m n.p.m następuje spolaryzowanie światła.

 

Nasza machina, dzięki której mogliśmy znaleźć się tak wysoko.

Nasza machina, dzięki której mogliśmy znaleźć się tak wysoko.

 

Panarama gór. Uwielbiamy otwarte przestrzenie, choć na tym zdjęciu nadeszły chmury i zrobiło się mglisto.

Panarama gór. Uwielbiamy otwarte przestrzenie, choć na tym zdjęciu nadeszły chmury i zrobiło się mglisto. To zdjęcie można kliknąć i otworzy się w powiększeniu.

 

Dzieciom zawsze dopisuje humor. Na zdjęciu Franio unosi się w powietrze. Mało mu wysokości. Wyjątkowo w butach, ale skały były ostre.

Dzieciom zawsze dopisuje humor. Na zdjęciu Franio unosi się w powietrze. Mało mu wysokości. Wyjątkowo w butach, ale skały były ostre.

 

Na zdjęciu końcowy etap zjazdu ze szczytu. Tym razem od początku do końca wszyscy siedzieli dzielnie w samochodzie zamiast za nim kroczyć. Tak niewiele trzeba, aby pokonywać swoje słabości.

Na zdjęciu końcowy etap zjazdu ze szczytu. Tym razem od początku do końca wszyscy siedzieli dzielnie w samochodzie zamiast za nim kroczyć. Tak niewiele trzeba, aby pokonywać swoje słabości.

 

Udało mi się też nakręcić odrobinę długi film dokumentujący wjazd i zjazd na szczyt. Trwa około 10 minut ale i tak jest skrócony, gdyż droga w jedną stronę trwa około 25 minut.

 

Po drugiej strony przełęczy Llogara znajduje się nieco inna Albania, taka jeszcze bardziej południowa pod względem sposobu bycia, bardziej zrelaksowana, z dużą mniejszością grecką. Pojechaliśmy więc do Himare, miejscowości będącej bastionem Grekow w Albanii, aby zjeść obiad w naszej ulubionej restauracji, Taverna Vironas. Dzieciaki szalały, gdyż w Himare znają prawie każdą uliczkę, a dorośli delektowali się grillowanymi kalmarami i warzywami.

 

Franek nie poddaje się i bawi na całego.

Franek nie poddaje się i bawi na całego. Oczywiście ubrany jest jak zawsze, czyli minimalistycznie.

 

W końcu wyczekiwana (przez nas) chwila. Poddał się i poszedł spać.

W końcu wyczekiwana (przez nas) chwila. Poddał się i poszedł spać.

 

Po dniu pełnym atrakcji zawieźliśmy znajomych-nowicjuszy na camping Moskato przy plaży Livadh, gdzie za niewielkie pieniądze mają wszystko, czego dusza zapragnie a sami udaliśmy się na plażę Gjipe.

 

Plaża Livadh, widok z campingu.

Plaża Livadh, widok z campingu.

Niestety nie ma zdjęć pokazujących nasz zjazd na plażę Gjipe, gdyż była już noc a zjazd okazał się tak wymagający, że wszyscy w samochodzie siedzieli w milczeniu. Nawet Aneta i Filip, którzy niejedno widzieli, siedzieli w totalnym skupieniu. Widoczność sięgała kilku metrów a zaraz obok samochodu była przepaść i totalna, czarna ciemność. Jedynie szum fal sygnalizował, że gdzieś tam na dole jest złowroga, czarna woda. Musiałem spuścić powietrze z opon, gdyż samochód był mocno obciążony i nie chciałem złapać gumy czy też przechylić się w stronę stromego zbocza. Jednak zjechaliśmy i kolejny dzień rozpoczął się normalnie: śniadanko, plaża, relaks. Poniżej umieszczam filmik ze zjazdu na plażę w 2014r. Wtedy droga była chyba w lepszym stanie, gdyż zjechałem dość szybko.

 

Dzieciaki na plaży.

Dzieciaki na plaży. Filip nurkuje na środku kadru.

 

Właśnie po takie uśmiechy jedzie się tyle kilometrów.

Właśnie po takie uśmiechy jedzie się tyle kilometrów.

 

Niestety z roku na rok plaża Gjipe staje się coraz bardziej popularna. W sumie nie wiem czego innego naiwnie się spodziewałem. W ciągu dnia na piechotę zjawia się sporo ludzi, przypływają motorówki. Przy plaży funkcjonuje też taki na pół oficjalny camping i w tym roku ktoś zjechał sporym food-truckiem i otworzył mini bar. Sądząc po stanie samochodu decyzja o zjechaniu na plażę była w stylu „one way ticket”. Na plaży rozstawione są parasole i leżaki należące do lokalesa, który niby prowadzi ten niby camping. Bardzo miły człowiek.

 

Plaża Gjipe za dnia. Z roku na rok przybywa infrastruktury.

Plaża Gjipe za dnia. Z roku na rok przybywa infrastruktury.

 

Na szczęście po południu sytuacja zmienia się diametralnie. Wszyscy muszą iść z plaży (a wspinaczka trwa minimum 30 minut) a my zostajemy. Pojechał też jedyny samochód 4×4 widoczny na zdjęciu powyżej. Znowu jest spokój i cudowna świadomość, że zostaliśmy sami. No prawie sami, bo gość od campingu mieszka w swojej chatce i może ma jakiegoś klienta pod swoją opieką. My jesteśmy samowystarczalni więc samochód parkujemy na plaży i nie płacimy za nocleg. Zaczynamy nocne życie.

 

Zachód słońca na plaży Gjipe

Zachód słońca na plaży Gjipe

 

Ognisko przy samochodzie. W samochodzie mamy zbiornik na wodę, którą można podgrzewać, stąd Aneta ma ręcznik na głowie. Jest po ciepłej kąpieli i myciu włosów. Luksusy.

Wieczorne ognisko. W samochodzie mamy zbiornik na wodę, którą można podgrzewać, stąd Aneta ma ręcznik na głowie. Jest po ciepłej kąpieli i myciu włosów. Luksusy.

 

Kolejne dni mijają podobnie, czyli budzimy się na plaży, jemy śniadanie, robimy zdjęcia, kąpiemy się w morzu, jemy świeże owoce i tak do wieczora. Warto też przejść się na spacer wzdłuż wąwozu, gdyż pionowe skały robią piorunujące wrażenie. Kolejne zdjęcia najlepiej oddają klimat naszego pobytu na Gjipe.

 

Chłopaki z rana sięgają po tablet. Nałogowcy.

Chłopaki z rana sięgają po tablet. Nałogowcy.

 

Nasze obozowisko.

Nasze obozowisko.

 

Widok od strony plaży a za nami wąwóz.

Widok od strony plaży a za nami wąwóz.

 

Wspólny spacer wąwozem przed południem.

Wspólny spacer wąwozem przed południem.

 

Wspólny spacer wąwozem po południu.

Wspólny spacer wąwozem po południu.

 

Posiłek nad wodą.

Posiłek nad wodą.

 

Rodzina się bawi.

Rodzina się bawi.

 

Widok z góry. Nasz samochód po lewej stronie.

Widok z góry. Nasz samochód po lewej stronie.

 

 

Skały i woda. Taki widok ma się z boku podczas zjazdu na plażę.

Skały i woda. Taki widok ma się z boku podczas zjazdu na plażę. Tyle, że nocą wszystko jest czarne.

 

Przy okazji warto wspomnieć, zwłaszcza męskiej części czytelników, o samochodach, którymi poruszają się mieszkańcy Albanii. W całej Albanii bezsprzecznie króluje Mercedes, zapewne lubiany na przestrzeni dekad za swoją prostotę budowy, niezawodność i długowieczność. W dużych miastach jest dość różnorodnie i ‚europejsko’, gdyż spotkałem nawet Lamborghini. Jednak w mniejszych miejscowościach rządzą dość mocno podniszczone youngtimery, a w segmencie pickupów i samochodów terenowych królują samochody japońskie: Nissan, Mazda, Toyota, Mitsubishi. Do tych samochodów można też prawie wszystko dostać od ręki w każdej wsi. Kiedyś byliśmy w Albanii kamperem zrobionym na Fiacie Ducato to się śmiali, że takim syfem ktoś na świecie jeździ. No i mieli rację.

 

Klasyka gatunku, czyli Nissan Patrol.

Klasyka gatunku, czyli Nissan Patrol.

 

Bez względu na stan techniczny, stare japońskie terenówki są zawsze na chodzie. Ten samochód używany jest codziennie i przywozi ludzi na plażę Gjipe.

Bez względu na stan techniczny, stare japońskie terenówki są zawsze na chodzie. Ten samochód używany jest codziennie i przywozi ludzi na plażę Gjipe.

 

Po paru dniach na plaży Gjipe, postanowiliśmy pojechać dalej na południe. Spędziliśmy kolejną noc na plaży Livadh, gdzie wraz ze znajomymi zrobiliśmy sobie ognisko. Ciekawa jest reakcja mieszkańców na ognisko na plaży. Możemy sobie wyobrazić, jak to by wyglądało w Polsce: nie wolno, zaraz zawołam straż miejską, dym mi leci na dom i tak dalej. Tymczasem w Albanii przyszedł pobliski mieszkaniec, przywitał się, uśmiechnął i poszedł. Hmmmm…. Przyszedł po paru minutach niosąc w ręku sporą ilość desek, patyków i wszelkiego innego drewna, wrzucił do ogniska i się pożegnał z uśmiechem na ustach. Szok.

Ognisko na plaży Livadh.

Ognisko na plaży Livadh.

 

Następnego ranka wyruszyliśmy w stronę Grecji i zatrzymaliśmy się tylko (tradycyjnie dla nas) w Sarande, na zakupy, tankowanie paliwa i na lody. Po przekroczeniu granicy z Grecją portfel płacze i kurczy się w bólu, gdyż Grecja to bardzo bogaty i drogi kraj (nie mają żadnego kryzysu), więc najlepiej jest zaopatrzyć się w Albanii.

Poniżej dorzucam jeszcze parę zdjęć, które naszykowałem ale jakoś mi nie pasowały nigdzie powyżej. Mam do opublikowania jeszcze trzy relacje z poprzednich wyjazdów do Albanii, gdzie opiszę w szczegółach uroki tego kraju. Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić niedługo.

 

Lody w Sarande, mieście tysiąca hoteli.

Lody w Sarande, mieście tysiąca hoteli.

 

Mieszkańcy relaksujący się na nadmorskim bulwarze w Himare.

Mieszkańcy relaksujący się na nadmorskim bulwarze w Himare.

 

Wszechobecne osiołki.

Wszechobecne osiołki.

 

 

Komentarze

komentarze